Papier zniesie wszystko, gospodarka niekoniecznie
Jeżeli chronimy konsumenta czy dane osobowe, to jednocześnie musimy pamiętać, że biznes też musi jakoś funkcjonować – mówi mec. Robert Mikulski, radca prawny i partner zarządzający BRILLAW.
Czy nowe unijne i krajowe prawo zwiększa konkurencyjność firm i startupów wobec podmiotów z Azji czy Stanów Zjednoczonych, czy przeciwnie – osłabia ich pozycję w starciu z globalnymi gigantami?
Z gigantami z zagranicy zawsze rywalizuje się niezwykle trudno, przede wszystkim ze względu na ich niemal nieograniczone zasoby finansowe. Na polach regulacyjnych radzą sobie oni bez porównania sprawniej niż mniejsze podmioty z naszego regionu. Chciałbym jednak spojrzeć na to zagadnienie z nieco innej perspektywy. Moim zdaniem to wcale nie unijne przepisy są dzisiaj największą barierą. Problemem, z którym mierzą się polskie i europejskie startupy, a nawet osławione jednorożce, o których w swoim raporcie o konkurencyjności UE pisał Mario Draghi, jest przede wszystkim utrudniony dostęp do kapitału, dotkliwe rozdrobnienie rynku oraz brak kluczowych zasobów technologicznych.
Chodzi tu nawet o tak prozaiczne sprawy, jak deficyt mocy obliczeniowej. Wystarczy wspomnieć o głośnej w ostatnich tygodniach kwestii wzrostu cen sprzętu Apple’a, tłumaczonej rynkową niedostępnością procesorów czy kości pamięci, masowo wykupowanych na potrzeby infrastruktury sztucznej inteligencji. Biznes potrzebuje przede wszystkim stabilnego, przewidywalnego środowiska, by wiedzieć, co go czeka. Choć oczywiście żaden przedsiębiorca nie cieszy się z nakładania kolejnych obciążeń, to z samymi ramami prawnymi rynek jest w stanie koegzystować.
Gdzie zatem przebiega bezpieczna granica między zabezpieczeniem rynku a wyhamowaniem jego tempa rozwoju?
To niezwykle trudne pytanie, ponieważ w pierwszej kolejności musimy zdefiniować, w ramach jakiego konsensusu społecznego w ogóle się poruszamy. Dobrze ilustruje to przykład wdrożenia RODO sprzed kilku lat. Było to dla całego rynku pierwsze tak duże zderzenie z rozbudowanym reżimem regulacyjno-compliance’owym. Każda firma musiała nagle zarezerwować odpowiednie środki i wdrożyć skomplikowane procedury, mając po drugiej stronie konsumenta, osobę fizyczną, której dane podlegają ochronie.
Uważam, że wyznaczenie optymalnej granicy to kwestia stałego dialogu i ustalenia hierarchii wartości. Zawsze powtarzam, że papier jest cierpliwy i zniesie wszystko, ale realne życie gospodarcze już nie. Jeśli z uzasadnionych przyczyn chronimy dane obywateli, musimy jednocześnie zadbać o to, by przedsiębiorstwa miały przestrzeń do prowadzenia działalności gospodarczej i oferowania usług odbiorcom. Szukamy punktu równowagi, który wynika ze wzajemnego zrozumienia, z tego, że konsument potrzebuje pewności, iż jego prywatność jest zabezpieczona, a biznes wymaga realnych możliwości działania i kontaktu z rynkiem.
Wprowadzenie nowych regulacji oznacza konieczność poniesienia ogromnych nakładów finansowych i organizacyjnych. Czy ten mechanizm nie faworyzuje technologicznych potentatów kosztem mniejszych graczy?
Faworyzuje ich z kilku powodów. Po pierwsze, globalny koncern dysponuje nieporównywalnym kapitałem. Po drugie, utrzymuje wyspecjalizowane departamenty wewnętrzne powołane wyłącznie do obsługi zgodności prawnej. Po trzecie zaś, giganci bardzo aktywnie uczestniczą w procesie legislacyjnym, bezpośrednio jako interesariusze bądź za pośrednictwem profesjonalnych lobbystów. Oznacza to, że mają wiedzę o nadchodzących zmianach znacznie wcześniej, zanim trafią one pod obrady. Relatywny koszt dostosowania się do prawa jest więc dla wielkich korporacji ułamkiem ich obrotów, podczas gdy dla małej firmy staje się ogromnym obciążeniem finansowym.
Do tego dochodzi bariera technologiczno-operacyjna. Kiedy przepisy nakładają obowiązek implementacji systemów IT, każda organizacja musi zarezerwować na to odpowiedni czas i zakontraktować wykonawców. A rynek boryka się z brakiem wolnych slotów produkcyjnych. Ostatnio jedna z naszych zaprzyjaźnionych firm rozmawiała o integracji z bankiem – pierwsze wolne terminy wdrożeniowe były dostępne dopiero za 9 do 12 miesięcy. Zestawmy to z dynamiką postępu technologicznego: nowe modele sztucznej inteligencji, szybsze i bardziej zoptymalizowane, debiutują średnio co trzy–cztery miesiące. Prawo i procedury operacyjne nie mogą abstrahować od realiów rynku IT.
Czy europejski model rygorystycznej ochrony praw konsumenta w sieci realnie zwiększy jego bezpieczeństwo, czy pozostaje jedynie teoretyczną deklaracją?
Nie nazwałbym tego fikcją. Dążenie UE do objęcia użytkowników realną ochroną jest w pełni uzasadnione specyfiką technologii. Dziś dzięki prawu dowiadujemy się, że dany materiał wideo, dubbing czy translacja zostały wygenerowane przez sztuczną inteligencję, choć użytkownik nadal musi zachować czujność, by to dostrzec.
Jako ludzie mamy biologiczną zdolność wyczuwania nienaturalności czy fałszu, ale nie każdy potrafi to zweryfikować. Skoro obserwujemy przypadki osób zakochujących się w wirtualnych partnerach AI, a modele językowe pełnią rolę psychoterapeutów, pojawiają się mechanizmy manipulacji i sugestii, których skali jeszcze nie pojmujemy. W relacji z maszyną dysponującą ogromną wiedzą o nas samych pojawia się pytanie o granice prywatnego bezpieczeństwa. Z drugiej strony rozwijamy narzędzia obronne. Polski UOKiK został niedawno nagrodzony za system oparty na sztucznej inteligencji, który automatycznie wykrywa manipulacyjne wzorce w interfejsach stron i aplikacji, tzw. dark patterns. Mamy instrumenty prawne i technologiczne, ale mierzymy się też z ryzykami, z których społeczeństwo dopiero zaczyna zdawać sobie sprawę.
Jak w tym wymagającym otoczeniu odnajdują się polscy przedsiębiorcy?
Świadomość polskich firm zdecydowanie rośnie, choć wciąż nie jest to poziom optymalny. Sztuczna inteligencja niejako nas zaskoczyła i choć adaptujemy się z tygodnia na tydzień, to czeka nas jeszcze ogrom pracy. Pracownicy na własną rękę zaczęli wykorzystywać narzędzia generatywne w codziennych zadaniach, co rodzi dylematy dotyczące tego, co dzieje się z prawami autorskimi do tak stworzonych materiałów i jak bezpiecznie formułować zapisy w umowach z kontrahentami.
W pierwszej kolejności każda organizacja musi zidentyfikować obecność AI w swoich strukturach, czyli ustalić, czy wdrożenie było świadomą strategią zarządu, czy też technologia weszła do firmy oddolnie, nierzadko wbrew wiedzy i woli kierownictwa. Kolejnym krokiem jest opracowanie ram organizacyjnych, czyli przeprowadzenie rzetelnej oceny ryzyka, przygotowanie przejrzystych polityk korzystania z zewnętrznych systemów oraz wdrożenie kompleksowych szkoleń dla kadry. Na tym polu polski biznes ma dzisiaj do odrobienia najważniejszą lekcję.
PAO
ROZMOWY I DEBATY MOŻNA OBEJRZEĆ NA CYFROWA-GOSPODARKA.GAZETAPRAWNA.PL
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.